Najgorsze w zgubieniu telefonu było to, że nie miałam telefonu, który pomógłby mi znaleźć telefon.

Cześć Dziewczyny,

no i zdarzyć się mogło, zdarzyć się musiało.

Późny wieczór, prawie noc, po wielu godzinach poza domem wpadłam do niego masakrycznie zmęczona i automatycznie zaczęłam ogarniać mieszkanie: wstawiłam zmywarkę, zdjęłam pranie, wstawiłam pranie, przygotowywałam zwrot paczki, zmieniłam pościel i po tym wszystkim mogłam odpocząć. No i zaczęłam się relaksować, usiadłam na kanapie i zaczęłam rozglądać się za telefonem. Nie ma. Nigdzie nie ma – każda półka, szparka, pod łóżkiem, nad łóżkiem, wszystko sprawdziłam – NIE BYŁO GO.

Napisałam na Messengerze do Lubego: zadzwoń do mnie, zgubiłam telefon. Zadzwonił i powiedział, że sygnał był, a potem już nie, więc pewnie ktoś go sobie zatrzymał.

Czas na oddech.

Telefon miałam jeszcze w aucie, gdy do domu odwoziła mnie teściowa, czyli powinien być w samochodzie albo przed blokiem (rozsypała mi się torebka, gdy wychodziłam z auta) no albo może być w domu. Teściowa w aucie sprawdziła – nie było. Przed blokiem nie było. No to pomyślałam sprawa jest jasna: mój telefon się pierze albo w zmywarce albo w pralce.

No i va banque! Bo przecież stawka jest wysoka: TELEFON!

Otworzyłam zmywarkę, woda rozchlapała się po kuchni, po mnie – nie przeszkadzało mi to, aby szaleńczo zaglądać między talerze. NIE BYŁO GO. Świetnie – no to pralka. Odłączyłam ją. Zapomniałam, że i tak jej nie otworzę jak jest woda w środku. Włączyłam ją. Odwirowanie 14 minut… Usiadałam na przeciwko pralki i czekałam…

i czekałam…

W zasadzie to chyba byłam na skraju obłędu. Nie mogłam usiedzieć – poszłam do szafki z butami, pomyślałam, może mi wypadł jak zdejmowałam buty. I nagle usłyszałam: STUK, STUK, STUK – pralka.

Pobiegłam do niej i słyszę STUK, STUK, STUK. Zbladłam, ale pomyślałam sobie, że przynajmniej wiem, gdzie jest mój telefon no i że będzie czysty…

Otworzyłam pralkę, rzecz po rzeczy szaleńczo rzucałam na podłogę w poszukiwaniu trupa. Trupa nie było. JAK TO? Przecież stukał… Dobra, nie poddałam się. Od nowa: szafka na buty, przed blok, torebka, kosz na pranie, kosz na prasowanie i tak w kółko. Zrozpaczona wypisywałam do Lubego, Luby do teściowej.

NIE BYŁO GO NIGDZIE.

Kiedy już totalnie stwierdziłam, że moje życie straciło sens napisała do mnie teściowa: MAM, znalazłam go! Był, wyłączony i schowany pod wycieraczką w aucie, ale, był! Kilkanaście minut później trzymałam go w rękach. I DOPIERO POTEM JUŻ PO WSZYSTKIM LUBY POKAZAŁ MI APKĘ GOOGLA NA KTÓREJ MOGĘ ZLOKALIZOWAĆ SWÓJ TELEFON W CZASIE RZECZYWISTYM!!!

No naprawdę, brawo! W czas! WOW!

Co mi po tym jak kuchnia  była już zalana, ja zalana, w łazience na ziemi leżał stos mokrego prania, wszystko wszędzie wywrócone do góry nogami… No i ten stresss!

Wiadomo, że złość piękności szkodzi, ale stres też szkodzi! Tego dnia zasnęłam z grubą warstwą kremu na twarzy, co by powstrzymać ten szalony proces rozpadu kolagenu w skórze i zminimalizować skutki stresu…

JANDA Pielęgnacja na tu i teraz,

krem do twarzy na dzień, SPF 15, 50 ml, cena 65,99,-  KUP: KLIK

krem do twarzy na noc, 50 ml, cena 65,99,-  KUP: KLIK

Uwielbiam kremy od JANDY dlatego muszę napisać Wam tą notkę (inaczej żyłabym w niezgodzie z samą sobą). Kiedyś pisałam o męskim kremie od JANDY do twarzy, nr 1, na każdą porę dnia i nocy, tutaj wpis: KLIK  Dziś czas na kremy dla Pań!

Zacznijmy od samego początku, czyli od pudełka – po prostu je uwielbiam. Śliczne kartoniki, gdzie cały przekaz jest super dostosowany informacyjnie i graficznie – do tego zdjęcie Pani Krysi, autograf i piękna myśl. Zresztą serduszko Pani Krysi i napisane przez nią słowo „witam” czeka na nas, gdy rozpoczynamy przygodę z marką JANDA. Naprawdę i napiszę to jako marketingowiec, jak i po prostu kobieta: dawno nie widziałam ta dobrze zrobionej marki. Jest dopracowana w każdym calu. Wszystko jest dokładnie przemyślane, poukładane i kobiece. Każdy produkt od JANDY opowiada historię w której chcę się zatracić… Nie sposób nie zachwycić się również szklanym słoiczkiem, który jest przyjemnie ciężki i solidny. Pięknie pochłania światło i wygląda bardzo elegancko na półce w łazience – jest jej prawdziwą ozdobą.

Staram się być na bieżąco z działalnością firmy JANDA, dlatego od razu, gdy napisali o Diamentowym Nośniku, który jest autorskim rozwiązaniem zespołu naukowo-badawczego JANDY pobiegałam do Rossmanna, aby poszukać tych produktów i rozpocząć ich wklepywanie o poranku i wieczorem. Diamentowy Nośnik to technologia dostarczania i zwiększania skuteczności działania  „peptydów młodości”, co gwarantuję ponadprzeciętną ochronę komórek skóry przed przedwczesnym starzeniem się. W kremach o których piszę znajdziemy też Technologię Kompaktowej Ochrony Młodości, czyli kompletne, skumulowane działanie utrzymujące skórę w dobrej formie i pięknym wyglądzie. Nowatorskie połączenie kuracji przeciwstarzeniowej i skutecznej ochrony przed zanieczyszczeniami cywilizacyjnymi.  Jednym słowem doskonałe rozwiązanie na tu i teraz.

Żyję i pracuję w dużym mieście, we Wrocławiu. Wiem, jak zanieczyszczone jest powietrze, którym oddycham. Zdaję sobie sprawę, że truję organizm smogiem, metalami ciężkimi, spalinami, dymem papierosowym (mój Luby pali), a także pyłami zawieszonymi. Zależy mi na tym, aby kremy, których używam chroniły moją cerę, aby jak najdłużej zachować młodzieńczy wygląd. Zresztą… po wrocławiankach od razu widać, która biega co wieczór na dworze i nie używa dobrych kremów. Cera staje się szara i matowa, a twarz po prostu wygląda na zmęczoną. Seria od JANDY jest rozwiązaniem dla młodych i dynamicznych kobiet, ponieważ zawiera składniki aktywne, które zabezpieczają skórę, ale i zwiększają jej zdolność do samoobrony przed stresem oksydacyjnym.

A jak już wiecie – ponad czternaście godzin dziennie spędzam wpatrzona w ekran laptopa, komórki bądź telewizora. Niebieskie światło jest zabójcze dla cery, a w świecie kosmetologii pojawiły się już nawet takie określenia, jak Netflixowa twarz. W skrócie: cera staje się matowa, traci jędrność i szybciej pojawiają się zmarszczki. Dobre marki stosują w swoich produktach już rozwiązania, które przeciwdziałają niebieskiemu światłu. Peptydy z nasion białego kakaowca ograniczają powstawanie wolnych rodników tlenowych w skórze na skutek działania światła niebieskiego. I to jest kolejny powód za który uwielbiam JANDĘ.

Są również inne powody 🙂 Kremy odczuwalnie nawilżają twarz i redukują uczcie ściągniętej cery. Wspaniale pachną, ale nie są zbyt nachalne w zapachu. Wiem, że sięgając po całą serię zapewniam mojej twarzy wszystko czego potrzebuje.

Czy znacie te produkty? Słyszeliście już o marce JANDA?

You may also like

33 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *