Człowiek ma w życiu albo wymówki, albo wyniki

Cześć Kochani,
Jakie to uczucie zmieścić się w spodnie, które już bardzo dawno temu schowało się w głąb szafy z myślą, że wkrótce trzeba będzie je wyrzucić? Wybitne! Upragnione! Niesamowite! Te dwie nogawki połączone paskiem materiału sprawiły, że oszalałam ze szczęścia. W tamtej chwili byłam przekonana, że mogę wszystko. Co więcej, że jestem tak atrakcyjna, szczupła, zadbana i pewna siebie, że śmiało mogę stanąć na tej samej scenie, co Kate Moss czy inna ikona mody. To uczucie nie minęło, bo schudłam i trzymam tą wagę! Ale, jak to się stało?
Jestem człowiekiem wymówek i nie powinnam nawet pisać, że jest inaczej. Znajdę wymówkę na wszystko, a szczególnie na swoją wagę. Bo choroba, bo leki, bo życie, bo powietrze, bo brak czasu, bo jedzenie, bo, bo, bo. Ilość bo już dawno przebiła i zmasakrowała poczucie, że można wszystko.  I tak naprawdę dopiero w momencie w którym, kobieta w moim wieku ustąpiła mi miejsce w autobusie sprawił, że coś we mnie pękło i postanowiłam wprowadzić realne zmiany w swoim życiu.
I mimo wszystko ten mój zapał, stawał się coraz bardziej słomiany, gdy uświadamiałam sobie ile czasu zajmie mi osiągnięcie upragnionej sylwetki chodząc na klasyczną siłownię, której szczerze nie znoszę czy pocenie się na sali fitness z innymi desperatkami. Tak nazywam je i siebie – kobiety, które pewnego dnia postanowiły, że coś ze sobą zrobią i udały się na zajęcia grupowe na których na każdym kroku powtarzają sobie: pie***le, nie jestem taka gruba, nie warto. Potem wracają do domu, nalewają sobie lampkę wina, wrzucają serial i zajadają z poczuciem, że nie wyglądają tak źle jak kobiety z którymi ćwiczyły. Wiedziałam, że tak to się wszystko skończy – zaczynałam już zbyt wiele razy, aby marzyć, że tym razem się uda.
I tak właśnie, wracając z pracy rzuciła mi się w oczy witryna Bodytech – trzydzieści minut i mogę oczekiwać cudu? Szczerze? Hasło brzmiało gorzej niż wszystkie znane mi obietnice producentów past do zębów, suplementów diety i czekolad bez cukru.

No, ale – czysta ciekawość sprawiła, że zajrzałam na ich stronę i wszystkie kanały social media. Coś potem wklepałam w wyszukiwarkę, poczytałam – podchodziłam do tego bardziej ostrożnie niż pies do jeża. Ale, kolejne zdjęcia sportowców uprawiających treningi oparte na elektrostymulacji mięśni sprawiły, że pojawiłam się w klubie.

Ubrałam się najlepiej jak potrafiłam (tak, żeby wyglądać szczupło), nie wiedziałam kogo tam spotkam, więc niech sobie myślą, że ja to robię z miłości do sportu, a nie z rozczarowania swoim wyglądem.
Małe studio, o podwyższonym standardzie sprawiło, że poczułam się jakby intymnie no i szybko przyznałam się do swoich nadprogramowych kilogramów. Poznałam trenera personalnego Daniela Wesołowskiego i szczerze porozmawiałam o swoich chorobach, motywacji i potrzebie przeistoczenia się w nieco bardziej pewną swojego ciała istotkę. Zaczął obiecywać, coś tłumaczył, coś pokazał – moje sceptyczne podejście wciąż podpowiadało mi, że nic z tego nie będzie. Umówiliśmy się następnego dnia na pomiary składu ciała – i tak zaczęło się moje pierwsze wyzwanie; na trzy godziny przed pomiarami nie mogłam już nic jeść, ani pić.

Tego samego dnia wieczorem na e-maila otrzymałam wyniki: dramat, łzy i sceny dantejskie to i tak za mało żeby opisać to, co w tamtym momencie działo się w moim mieszkaniu. Po pierwsze nie sądziłam, że jestem tak wewnętrznie tłusta, a po drugie, że jestem tak stara. Dawno nie rozczarowałam się tak bardzo sobą samą przed sobą samą.  Ta złość sprawiła, że błyskawicznie umówiłam się na pierwszy trening.

Prosto po pracy udałam się na swoje pierwsze trzydzieści minut.  Dostałam strój: koszulkę i spodenki, a trener zaprowadził mnie do kameralnej damskiej szatni. Pierwszy jak i każdy kolejny trening wykonywałam z trenerem personalnym bez obecności innych osób w studio (no dobra, dwa razy była z nami też Pani fotograf – Karolina Wilk). Nie powiem – to było niesamowicie komfortowe, mogłam się pocić, marudzić i zaniemagać bez zbędnej kompromitacji przed innymi desperatkami. Wolałabym, co prawda, aby mój trener był tuż przed emeryturą i z lekką nadwagą, wtedy moje lenistwo mogłoby triumfować szukając sobie kolejnych wymówek. Jednak obecność młodej i  przystojnej siły sprawiała, że chciało mi się mocniej i bardziej – no bo jak to, tak nie móc?

No, ale! Jak już wylazłam z tej szatni w nowym ubranku (dobrze, że jest czarne – czarny podobno wyszczupla) Daniel ubrał mnie w wilgotną kamizelkę, pasy i inne kable. Oczywiście – wszystko mi po drodze tłumaczył, jednak fakt ogólnego szoku sprawił, że wieczorem i tak musiałam sobie doczytać. I jak ten Robo Cop powędrowałam w stronę maszyny, tam już tylko ostatnie podpinki i poczułam mrowienie, coraz mocniejsze, coraz przyjemniejsze.

Na każdą partię ciała ustawialiśmy moc przesyłanego impulsu – sama decydowałam jak mocny ma być, a oceniać miałam go w skali od 1 do 10, przy założeniu, że ćwiczyć będę na etapie, gdy poczuję 6. Pierwszy trening był nieco krótszy niż trzydzieści minut ponieważ ciało musiało przyzwyczaić się do impulsów elektronicznych.

No i właśnie w tej kamizelce, oplatana przez energię elektryczną wykonywałam ćwiczenia, które pokazywał mi trener. Później powtarzałam je niezliczoną ilość razy i błagałam o litość. Myślałam, że ta magia będzie odbywać się bez udziału mojego potu, zaciśniętych ust i ogólnie cisnącego się na usta: k**wa. Rzeczywiście czułam, że ćwiczę. Jednak nowa forma (kable, prądy, sam na sam z trenerem) sprawiała, że mi się to podobało i chciałam więcej.

Każdy trening kończył się relaksem na pufie, a przez moje ciało przechodziły delikatne impulsy, które rozluźniały i masowały ciało. W rzeczywistości nie wiem, co robi ta energia, ale było to przyjemne. Do tego popijałam chłodną wodę i po prostu łapałam równowagę. Po ćwiczeniach zawsze otrzymywałam informację zwrotną od Daniela, a także opiekę w trakcie tygodnia. Pisał do mnie w sprawie zakwasów, motywacji i ogólnego samopoczucia.

Kiedy dzieliłam się z moimi znajomymi informacją, że ćwiczę raz w tygodniu i to tylko przez pół godziny, pukali się w czoło i mówili, że na pewno nie zauważę żadnych efektów. Co więcej, że to tylko taki kit, fotomontaż i takie rzeczy są po prostu niemożliwe. Ja jednak postanowiłam ćwiczyć równo miesiąc, wciąż raz w tygodniu, czyli łącznie tylko przez dwie godziny zanim wydam jakąś opinię na temat treningów EMS. Już po drugim treningu wiedziałam, że efekty mnie zaskoczą – do dwóch dni po ćwiczeniach miałam okropne zakwasy, które dawały mi poczucie, że wykonałam naprawdę kawał dobrej roboty.
No i nastąpił ten dzień, ponownie po trzech godzinach bez jedzenia i picia pojechałam do studia, aby ponownie wykonać pomiary i analizę składu ciała, aby przekonać się jaki postęp wykonałam przez te dwie godziny. (Już wtedy wiedziałam, że zmieściłam się w dawno zapomniane spodnie – dlatego jechałam do Daniela z podniesioną głową, chcąc mu pokazać swoje efekty.)
Mierzył, sprawdzał, liczył i przekazał mi dobrą nowinę. Sami zobaczcie, jak zmieniło się moje ciało po treningach w studio Bodytech.pl:

Szczerze? Nie wiem, czy muszę Was jakoś dodatkowo przekonywać o efektywności tych ćwiczeń. Spójrzcie jeszcze raz na tabelkę i pomyślcie sobie: osiągnęłam te efekty ćwicząc tylko przed dwie godziny. Czy mogłabym oczekiwać więcej? Ja jestem zachwycona i z pewnością mogę odrzec: to naprawdę działa, to nie amerykański sen! To wybawienie dla mnie i dla wszystkich innych leniuszków! J  Jesteście tak samo zaskoczeni jak ja?
Tutaj tekst w którym tłumaczyłam, czym jest elektrostymulacja mięśni KLIK

PROMOCJA NA HASŁO: ENJOY

Przy zakupie karnetu Bodytech.pl na
 4 wejścia jedno dostajesz za free
a przy zakupie karnetu na
 8 wejść, aż 2 dostajesz za darmo!

Jedności Narodowej 150C Wrocław 50-304
tel. +48 733 344 488
e-mail trening@bodytech.pl

You may also like

15 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *