Nie jestem gruba. Jestem jak Beyonce – tylko bez tego całego seksapilu.

Znalezione obrazy dla zapytania porysunki
Cześć Kochani,

Co to jest za historia – przed Świętami postanowiłam zacząć biegać (chociaż prawdę mówiąc przyjęłam zakład) i tak właśnie od tamtej pory raz na jakiś czas zakładam adidasy, naciągam czapę na głowę i tempem gejszy przemierzam okoliczne ulice i uliczki. I jako, że to już trochę trwa, a efektów nie widać, postanowiłam za wszelką cenę udowodnić sobie, że moja ciężka praca nie idzie na marne. Wyciągnęłam z szafy spodnie (rozmiar 36) – trochę namęczyłam się żeby je znaleźć od dawna noszę rozmiar 40/42. No, ale znalazłam je! Położyłam się na łóżku i systematycznie (z uporem maniaka) zaczęłam je wciągać na swoje dupsko. (Boże jak ja się przy tym zdyszałam!) Ale, weszły! I wstałam i nawet chodzić mogłam – no to kucnęłam stawiając wszystko na jedną kartę. Nie pękły. Ale, wiadomo cały tłuszczyk zaczął wychodzić bokami – na to też miałam radę, ubrałam ogromną koszulę i problem z głowy. Wyszłam z domu, poszłam do pracy, zgarnęłam kilka komplementów, że mam naprawdę zgrabne nogi i ze łzami w oczach wróciłam do domu. Dlaczego ze łzami? Trochę mnie to cholerstwo w rozmiarze 36 uwierało. Zdjęłam je. Ogromna ulga. Staję przed lustrem w celu akceptacji tego, że moje ciało nie jest już tak zgrabne jak kiedyś i…. na moim brzuchu ogromny siniak, jakby mnie ktoś pasem bił przez cały dzień. Nie mówiąc już o kościach biodrowych, które bolą mnie drugi dzień… Ale, gdyby ktoś pytał to noszę rozmiar 36.

Zdecydowanie pielęgnacja ciała przychodzi mi znacznie prościej niż te całe diety, sporty i inne fit wymysły. Dlatego poznajcie duet stycznia:

Wellness & Beauty, peeling do ciała, sól morska i olej z pestek cytryn  Wellness & Beauty, masło do ciała z ekstraktami ze zmysłowo pachnących kwiatów wiśni i róży

DSCN3167

Zanim na dobre zaczęłabym być ze swoim mężem wszyscy powtarzali mi, żebym pamiętała, że muszę go sobie wychować. Żebym jak do małego dziecka – powtarzała mu i nagradzała go za dobre zachowanie. Od samego początku wydawało mi się to niehumanitarne, jednak okazało się niezwykle skuteczne… No bo która z nas lubi zbierać ubrania z całego mieszkania albo co gorsze – odnajdywać je po całym tygodniu pod łóżkiem? To groteskowe wychowanie sprawiło, że doszliśmy do momentu, że gdy kończy mi się jakiś kosmetyk mój Luby przybija mi piątkę i mówi: super, skończył się kolejny produkt. A to wszystko przez to, że sama cieszyłam się na myśl o kończącym się preparacie, bo wtedy bez wyrzutów sumienia mogłam otworzyć kolejny kosmetyk, który od wielu tygodni zerkał na mnie z półki… Do sedna – duet stycznia zużyłam do ostatniego maźnięcia. Czy go polubiłam? Czytajcie dalej 🙂

DSCN3168

Zawsze się zastanawiam czy jestem uzależniona od peelingów samych w sobie czy może od legalnej możliwości sprawiania sobie bólu z myślą, że każdy ruch ręki mnie odchudza (no bo usuwam martwy naskórek…)? A może uzależnienie kryje się w momencie maniakalnego macania samej siebie po takim zabiegu? Jakby nie było – peelingi są nierozerwalną częścią mnie.

DSCN3169

Te z zawartością soli nie są dobre na każdy dzień – powiedzmy sobie szczerze, malutkie ziarenka soli potrafią znaleźć każdą minimalną rankę na ciele i sprawić, że zaczynamy skomleć z bólu i błagać o litość. Co więcej, gdy spada pierwsza łza wycieramy ją ręką na której znajdują się resztki solnego peelingu, a tam dokładnie jedno waleczne ziarenko z całym impetem dostaje się do oka i wtedy rozpoczyna się prawdziwa walka o życie. Dlatego przed użyciem radzę zapoznać się ze swoim ciałem, aby zminimalizować katastrofę.

DSCN3173

Peeling jest typowym zdzierakiem i za to właśnie go kocham. Pozostawia na skórze tłustą warstwę, co pozwala mi być leniuszkiem i zrezygnować z wieczornego balsamowania się. Werbena pospolita pachnie wyjątkowo, ale nie za mocno – nie jest to produkt o tak intensywnym ziołowym zapachu, że macie ochotę puścić pawia, ale nawet, gdy to robicie to okazuje się, że wymiotujecie całym sklepem zielarskim. (Zbyt obrazowa metafora? Przepraszam.) No i na dokładkę jest w nim olej z pestek cytryny i przysięgam, że nigdy wcześniej nie sądziłam, że można z tych małych gorzkich ziarenek wycisnąć coś pożytecznego.

Te wszystkie wyżej wymienione odczucia i przeżycia składają się na mój wieczorny relaks z peelingiem. Naprawdę polecam – a moja recenzja wcale nie jest sarkastyczna – tak po prostu wygląda moje życie.

Cena: 13,99 KUP: KLIK

DSCN3174

Balsamowanie się to chyba jedyna czynność, która od tylu lat nie dostarczyła mi żadnej ciekawej anegdotki. To nie jest tak, że to jest jakieś turbo nudne zajęcie, to jest tak, że to jest bardzo bezpieczne zajęcie. No bo czy można zrobić sobie jakąś krzywdę smarując się przyjemną mazią po nogach czy rękach? Te mazie nie szczypią, nie są żrące i poślizgnąć się na nich ciężko. Dlatego o tym balsamie napiszę całkiem merytorycznie (jak na siebie.)

DSCN3175

Pachnie naprawdę przyjemnie, delikatnie i nienachalnie. Kiedy się już cała w nim „umaziam” to idealnie pasuję do mojego różowego kocyka w kwiatuszki – sam balsam ma zapach róż i wiśni. Wiecie to takie pudrowe połączenie, które ratuje mnie przed tym, co widzę za oknem – zimnem, roztopami i brzydkimi drzewami.

DSCN3180

Balsam wchłania się dość szybko, rozsmarowuje się lekko i nie podrażnia skóry. Zdecydowanie nawilża i sprawia, że skóra przez cały dzień się miękka i wygląda bardzo dobrze. O! Wiem co jeszcze jest ważne – nie robi „czerwonych kropek” po depilacji nóg 🙂

Cena: 12,99/200ml KUP: KLIK

You may also like

10 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *