Współczesne polskie kino komediowe, co z Tobą?

 

Powszechnie znana jest opinia, że polskie kino rozrywkowe pozostawia wiele do życzenia, a więc stoi na żenująco niskim poziomie. Pogląd ten, jest nie tyle rozpowszechniany przez media, co przez nas samych.  W tym całym krytycyzmie warto jednak zadać sobie pytanie, dlaczego produkujemy masowo słabe komedie romantyczne, które niczym wirus wkradły się już do naszych kin. Współczesny widz to wymagający widz, a rozrywka, która jest mu proponowana może wręcz uwłaczać jego inteligencji, poczuciu humoru i zmysłowi estetyki.

Obraliśmy tempo żółwia

W brukowcach, magazynach, Internecie wiele już napisano na temat niskiego poziomu polskiej kinematografii, a dokładnie jednego z jej odłamów, czyli komedii romantycznej.  Ja jednak chciałabym zgłębić prawdziwą przyczynę tego stanu rzeczy. We wszelkich polemikach argumenty producentów są jednakowe, wręcz kopiowane z wypowiedzi poprzedników, chodzi tu głównie o brak funduszy, dobrych scenariuszy czy o najbardziej znany argument: „dajemy publiczności to czego chce”. Do mnie to nie trafia i odbieram to, jako zwykłą paplaninę, aby spławić tych dociekliwych i przy tym mało wygodnych widzów. O tyle ich kontrargumenty do mnie nie przemawiają, o ile w Polsce naprawdę rzadko bo rzadko, ale powstają dobre filmy, dzieła ponadczasowe, które ogląda się z przyjemnością, bez zażenowania na twarzy (,,Dzień Świra”, ,,Lejdis”, ,, Jak się pozbyć cellulitu”).  Moim największym zarzutem w kierunku rodzimego kina jest fakt, iż nie patrzy ono w przeszłość, aby uczyć się na błędach i wzorować na sukcesach, a brnie ślepo do przodu, słabo odwzorowując zachodnie trendy. Jestem przekonana, że każdy z nas śmiał się do rozpuku oglądając ,,Seksmisję”, ,,Rejs” czy ,,Chłopaki nie płaczą.” Przez podążanie tyłem do przodu, kino potyka się o małe, naprawdę do przewidzenia przeszkody, brnie tempem żółwia, aby dogonić poziom światowej kinematografii i co najważniejsze tworzy słabe produkcje.

 

Co było, a nie jest nie piszę się w rejestr

Aby zobrazować moją tezę skupię się na porównaniach polskiej kinematografii na zasadzie: „wczoraj” (lata 30. XX w.) i „dziś”. Oczywiście pozostaję w obrębie komedii przeznaczonej dla szerokiej publiczności.

 

Czy zawsze musi chodzić o pieniądze?

Zacznę od zagadki: Jest to pojęcie, którego używało się w okresie polskiej kinematografii międzywojennej na określenie grupy zawodowej producentów oraz kiniarzy (właścicieli kin), a także właścicieli hal zdjęciowych, laboratoriów oraz wypożyczalni filmowych. Tak, dokładnie, chodzi mi o branżę. Czyli ludzi, którzy byli kompletnie nieprzygotowani do zawodu, a dostrzegali w nim tylko i wyłącznie aspekt finansowy. Tak było kiedyś, a jak jest dzisiaj?  Podobnie i może to jest bardzo krzywdzące dla wszystkich, którzy zawodowo są związani z filmem, ale zauważmy, że w dwudziestoleciu międzywojennym branża narzucała swój (nie zawsze wyrafinowany) gust reżyserom, decydowała o liczbie i jakości powstających filmów, ale czy obecnie jest inaczej? Minęło już  siedemdziesiąt lat, a za daleko to się od tego wzorca nie oddaliliśmy. Za dużo u nas stagnacji i asekuranctwa (są wyjątki!),  a za mało wizjonerstwa (mocne słowo, ale tego nam właśnie trzeba!).

Pieniądze pieniędzmi, a co z kreatywnością?


Może to i odważna opinia, ale zamysły realizacyjne i zagadnienia polskich komedii również nie zmieniły się na przestrzeni tych siedemdziesięciu lat. Przykład? Nie widzę problemu.  Polska komedia filmowa zaistniała na początku lat trzydziestych, ponieważ należało zrobić wszystko, aby przyciągnąć do kin odbiorcę odczuwającego boleśnie następstwa kryzysu ekonomicznego. Zadanie było jasne, trzeba było opracować interesujący zamiennik dźwiękowy dawnych niemych, pełnych ekspresji dramatów duszy. Pomyślano o nastrojach wewnętrznych widowni, nękanej popielatością złożonej, codziennej egzystencji i sarkającej na patriotyczno-męczeński ton filmów poprzedniego okresu.
Zlekceważę lata panowania komunizmu z tego względu, iż powstałe w tamtym okresie komedie były satyrycznym komentarzem zastanej rzeczywistości. Skupmy się, zatem na latach dziewięćdziesiątych i historii najnowszej. Czy podobieństwo nie narzuca się od razu?  Mamy lata dziewięćdziesiąte, uwolniliśmy się spod reżimu komunistycznego i jego pochmurnego świata, więc mamy powody do radości. Jednak scenarzyści komedii filmowej tych lat (zupełnie jak ich poprzednicy z lat trzydziestych)  korzystali z dostępnych, wypróbowanych wzorów, czerpiąc z filmów niemieckich, austriackich i francuskich. Co rusz wytykano polskiej komedii filmowej błahość, zły smak oraz teatralność. Recenzenci raz po raz demaskowali jawne zapożyczenia, nawołując o stworzenie swoich wzorów, o sięgnięcie po treści realne, odzwierciedlenie rzeczywistości polskiej.

Tak samo jak kiedyś

Obecnie oglądając rodzime komedie nasuwają się takie same lub podobne zarzuty.  Czy nie wystarczy już tego kopiowania oraz bezmyślnego przenoszenia na nasz grunt schematów, które w ogóle nie pasują do naszej rzeczywistości? Czas najwyższy, aby stworzyć coś własnego, niekonwencjonalnego. Dlaczego nie tworzymy dzieł, które ochoczo obejrzą także kinomani za granicą? Tak jak , Czesi czy Anglicy, którzy  potrafią kręcić inteligentne komedie (np. Butelki Zwrotne w reżyserii Jana Svěráka czy Przekręt Guy’a Ritchie’go), które są dostrzegane także po za granicami ich kraju.  My chodzimy na czeskie komedie, a czy Czesi chodzą na nasze?

Aktor od aktora też skopiuje

Adolf Dymsza, wytrwani kinomani na pewno kojarzą jego nazwisko, co więcej- jego niesamowitą osobowość, cudowne kreacje aktorskie, poczucie humoru, mimikę. To aktor legendarny, gwiazda i ogromny autorytet. Ja oglądając jego kreacje dzisiaj, mam wrażenie, że już gdzieś to widziałam, ten specyficzny sposób kreowania postaci, gestykulacji, poruszania się, intonowania wyrazów. No i tak, faktycznie widziałam! W osobie Cezarego Pazury, a dokładniej w tym jak tworzy.  I właśnie  w ten sposób dowiadujemy się, że nasz rasowy komik kopiuje wzorce z przeszłości.  I za to należą  mu się słowa uznania (bo należy uczyć się od najlepszych), ale uczyć się i dodawać, też coś od siebie , aby przerosnąć mistrza. Pazura jednak poprzestał tylko na kopiowaniu, nie stworzył nic nowego. Na takim to właśnie kopiowaniu Cezarego Pazurę pokochała polska publika i  jego komediowe wcielenia (,, Kariera Nikosia Dyzmy” czy ,,Chłopaki nie Płaczą”. A spójrzmy na to z innej strony, nikt nie zachwycał by się grą aktorską  Pazury, gdyby znał twórczość Adolfa Dymszy. Co pokazuje, że brak chęci rozwoju panuje także wśród odbiorców.

I co dalej?

Nic dalej. Wniosek nasuwa się sam, jest trudny do zaakceptowania, ale tak właśnie jest.  Wszyscy jesteśmy winni obecnej, słabej kondycji polskiego kina rozrywkowego. Musimy zdać sobie sprawę, że aby coś się w tej kwestii zmieniło na lepsze potrzeba edukacji, zaufania i chęci rozwoju, tak widza jak i twórcy.?

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *