Pocałunek ognia: fire dance z Wrocławia

 

To niebezpieczna pasja, ale adrenalina uzależnia – mówi Bartosz Sobczyński z teatru ognia.?

Rozmowa z Bartoszem Sobczyńskim, pseudonim „Młody”, o pasji silniejszej niż ból, granicach wytrzymałości i odkryciu własnego przeznaczenia.

Jak to się stało, że zająłeś się teatrem ognia?

Mając 9-10 lat byłem z rodziną na wakacjach w Chorwacji, tam też zobaczyłem taki pokaz. Obiecałem sobie wtedy, że jak dorosnę, to się tym zajmę. Czas mijał, a ja zapomniałem o swojej obietnicy. Jednak w gimnazjum na dzień dziecka pani dyrektor zorganizowała nam warsztaty z fire dance. I tak to się zaczęło…

Jakie wymagania trzeba spełniać, żeby zostać pogromcą ognia?

Wymagania? Po pierwsze – nie możesz bać się ognia, po drugie – fajnie, jak potrafisz zatracić się w tańcu i poddać się temu, co robisz. Triki wykonywane na sztywno nie są już tak efektowne.

Czym jest dla ciebie zabawa z ogniem?


Spełnieniem. Po prostu robię to, co kocham. Od zawsze miałem smykałkę do tańca, uwielbiam dźwięk bębnów afrykańskich i oczywiście kocham ogień.

Skąd pochodzi ta sztuka?

Cała zabawa z ogniem narodziła się w Nowej Zelandii u Maorysów. Początkowo kobiety, aby stać się zręczniejsze, zaczęły machać lekkimi kamieniami na linach. Zaraz potem panowie zauważyli, że to niesamowicie wpływa na mięśnie i zaczęli używać cięższych kamieni. Z czasem podpalone poi (piłki) zawieszone na łańcuchach zaczęto stosować w obrzędach, np. religijnych. Stąd też wzięła się nazwa tańca Poi. To są oczywiście tylko przypuszczenia i nie ma stuprocentowej pewności, że tak właśnie było.

Czy to niebezpieczna pasja?

Tak, niestety to bardzo niebezpieczna pasja, ale adrenalina uzależnia. Częste są wszelkiego typu kontuzje: siniaki, wybite palce, poparzenia. Przy pluciu ogniem jest również ogromne ryzyko wystąpienia chemicznego zapalenia płuc, co zawsze kończy się długim pobytem w szpitalu. Osoby, które plują ogniem, często mają problemy z zębami i dziąsłami.

Jaka była twoja najpoważniejsza kontuzja?

To było przed rokiem, w czerwcu, podczas Nocy Kupały w Leśnicy. Razem z koleżanką z grupy robiliśmy pokaz, mieliśmy na sobie lniane stroje, imitujące słowiańskie. Podczas plucia ogniem, zahaczyłem pochodnią koszulę i zacząłem się palić. Miałem poparzoną lewą łopatkę, pierś, szyję, włosy, dłonie i twarz. Na szczęście nie tak poważnie, żeby odmówić sobie dalszych występów.

Jak opiszesz swoje początki?

Były wspaniałe, poznałem wtedy wielu utalentowanych ludzi, między innymi niesamowitego człowieka-Cyrika. Jest w naszym świecie legendą. Jestem dumny, że to on pokazał mi pierwsze triki.

Twój największy sukces w fire dance?

Zabrzmi to może banalnie, ale chyba to, że poznałem wielu ciekawych ludzi i że możemy coś razem tworzyć. Jesteśmy początkującą grupą na tym rynku, sukcesy dopiero przed nami. Nasz najbliższy pokaz odbędzie się podczas styczniowej Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i to będzie chyba mój pierwszy prawdziwy sukces.

Czy ta pasja jest kosztowna?

Generalnie nie są to duże pieniądze, cena zależy od użytego materiału, który jest nasączany paliwem.

Czy fire dance cieszy się zainteresowaniem? 

We wrocławskim Rynku występują już trzy grupy fire dance, które tańczą do tak zwanego kapelusza. Dlatego coraz trudniej zadziwić publiczność czymś nowym. Fire dance jednak wciąż cieszy się zainteresowaniem na wszelkich bankietach i dniach gmin, ale pokazy w Rynku są już raczej przereklamowane.


W takim razie potrzebny jest jakiś złoty środek.

Złoty środek? Raczej plan działania. Stawiam w swojej grupie na różnorodność. Używamy oczywiście klasycznego sprzętu, ale staramy się tworzyć nowe, niekiedy komiczne i niebezpieczne zabawki ogniowe, np. ogniowy parasol dla gejszy.

Co to takiego?

To zwykły parasol, a dokładniej jego metalowy stelaż, na którym zamontowany jest materiał. Ten po nasączeniu zostaje podpalony. Wygląda to niesamowicie, gdy ustylizowana na gejszę tancerka, zaczyna tańczyć z takim „wynalazkiem”, a następnie wyrzuca go i chwyta ogromne wachlarze, które też się palą.


Głównie kulturą Wschodu i tańcem Afryki. Niedawno wystawialiśmy ,”Dziewczynkę z zapałkami'” w naszej wersji. Inspiracji szukam też w życiu codziennym. Brakuje mi jednak osoby, która nauczyłaby nas czegoś nowego. Sami musimy do wszystkiego dochodzić.

Czy wiążesz z fire dance swoją przyszłość?

Na pewno, jeśli chodzi o pasję i przyjaciół. Nie dam rady się z tego utrzymać, to jedynie fajny i przyjemny sposób na dorobienie sobie kilu groszy, ale rodziny póki co z tego nie wykarmię.

Jak liczna jest twoja grupa?

Obecnie to pięć osób razem ze mną: Kasia, Malwina, Marcin i Błażej. Nazywamy się Teatr Ognia Osculum Ignis – czyli po łacinie Pocałunek Ognia.

Jak wyglądają treningi?

Raz w tygodniu spotykamy się na sali i trenujemy. Nie ukrywam, że często nasze treningi to głównie paplanina przyjaciół, ale mimo wszystko wracamy z nich zadowoleni.

Rywalizujecie między sobą?

Nie, mnie i dziewczyny prócz „pracy” czy wspólnego hobby łączy trzyletnia przyjaźń. Panowie są z nami dopiero od dwóch miesięcy. Każdy u nas zajmuje się praktycznie czymś innym. Malwina wachlarzami i hula hop (które się pali), Błażej kręci kijem etc. Uczymy się od siebie nawzajem, ale nie rywalizujemy ze sobą. Staram się z nas stworzyć „kochającą się rodzinę”.


Gdzie i kiedy można was podziwiać?

Jest wiele festiwali, na których się spotykamy i tam pokazujemy, co potrafimy w tak zwanym „fire battle”. Najczęściej jednak na wrocławskim Rynku. ?

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *